Namiot, wiatr, fiordy i żadnego napiętego planu – tak wyglądał nasz czas w Norwegii. Jeśli marzysz o podróży bez pośpiechu, ta historia jest dla Ciebie.
Są takie podróże, z których wraca się z tysiącem zdjęć z flagowych atrakcji. Są też takie, z których przywozi się przede wszystkim zapisane w pamięci obrazy, smaki, zapachy i dźwięki. Dla mnie ta norweska przygoda okazała się tą drugą.
Jeszcze przed wyjazdem miałam przygotowaną mapę z punktami, które myślałam zobaczyć. Wiedziałam, gdzie chcemy spać, które drogi przejechać i jakie miejsca odwiedzić. W teorii plan wyglądał względnie dobrze.
W praktyce codziennie go zmienialiśmy.
Przez tydzień mieszkaliśmy pod namiotem, gotowaliśmy na kuchence turystycznej, piliśmy wodę płynącą prosto z górskich potoków, zasypialiśmy przy szumie rzek i budziliśmy się z widokiem na jeziora i fiordy. Zdarzało się marznąć do kości, walczyć z wiatrem, szukać noclegu na ostatnią chwilę i zmieniać trasę niemal każdego dnia.
A mimo to – albo właśnie dlatego – była to jedna z najpiękniejszych moich ostatnich podróży.
Mieszkałam w Norwegii przez szesnaście lat po czym opuściłam ją 9 lat temu. Widziałam mnóstwo pięknych miejsc w tym kraju – niektóre po kilka razy. Tym razem jednak chciałam pokazać je mojemu chłopakowi i rozkochać go widokami tego kraju. I chyba właśnie dlatego patrzyłam na nie trochę inaczej niż zwykle.
Dom na czterech kołach
Naszą przygodę rozpoczęliśmy w Lierbyen, w regionie Buskerud, gdzie wypożyczyliśmy samochód. Jak na Norwegię otrzymaliśmy naprawdę świetną cenę, zwłaszcza że dostaliśmy nowoczesnego elektryka z automatyczną skrzynią biegów.
To auto było dla mnie delikatnym (że tak to ujmę) szokiem technologicznym – miało systemy bezpieczeństwa, o których wcześniej nawet nie słyszałam! Gdy mój chłopak zaczynał być zmęczony i bez najmniejszego oporu ziewał na całego, samochód sugerował przerwę na kawę. Gdy zdarzyło mi się odwrócić wzrok od drogi, dawał znać, żebym była bardziej skoncentrowana. Mało tego, można mu było oddać całkowitą kontrolę, ustawiając tylko prędkość! No nie powiem, że mnie to trochę nie przerażało.
Anyway, ten nad wyraz czuły pojazd przez tydzień stał się nie tylko naszym transportem ale również przedłużeniem naszego „materiałowego domu” czytaj namiotu.
W bagażniku zmieściliśmy jedzenie, sprzęt do gotowania, namiot, śpiwory, maty i całą resztę potrzebnych bibelotów. Tylne siedzenia zamieniły się w garderobę – każdy miał swoją część z ubraniami, sprzętem trekkingowym i kosmetykami po swojej stronie. Kierowcą zostawał ten, kto akurat czuł się lepiej, a druga osoba mogła nagrywać krajobrazy albo po prostu patrzeć przez okno i sycić się bez końca zmieniającymi się widokami.
A uwierz mi – w Norwegii można patrzeć przez okno godzinami i wcale się nie nudzi.
Kiedy droga staje się celem
Pierwszy etap prowadził przez Geilo na płaskowyż Hardangervidda.
Ciekawostka: Hardangervidda to największy górski płaskowyż Europy Północnej, to ponad 8000 km² surowej, bezdrzewnej przestrzeni między wschodnią a zachodnią Norwegią. To tu żyje największe w Europie stado dzikich reniferów, a swoje wyprawy trenowali tu m.in. Amundsen i Nansen – norwescy polarnicy.
Już po kilku godzinach wiedzieliśmy, że w tej podróży nie będzie można powiedzieć: „dojechaliśmy”. Bo sama droga jest jedną, wielką, niekończącą się atrakcją.
Otwarta przestrzeń, w której nic nie zasłania horyzontu. Jeziora rozsiane po płaskowyżu jak porozrzucane kawałki lustra. Głazy, większe i mniejsze, leżące tam, gdzie zostawił je lodowiec tysiące lat temu.

Im dalej jechaliśmy, tym bardziej miałam wrażenie, że cywilizacja zostaje gdzieś daleko za nami.
To właśnie tam zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na pierwszy nocleg, celowo na dziko i tak zaczął się nasz prawdziwy camping w Norwegii.
Ciekawostka: Pozwala na to allemannsretten – norweskie prawo powszechnego dostępu do natury. Dzięki niemu można rozbić namiot niemal wszędzie na niezagospodarowanym terenie (o ile trzyma się przynajmniej 150 metrów od najbliższego domu).
Noc, której długo nie zapomnę

Prognoza zapowiadała najniższą temperaturę w nocy około trzech stopni.
Pomyślałam wtedy, że to przecież nic strasznego. Spałam już kiedyś zimą pod namiotem na Hardangerviddzie, więc wydawało mi się, że wiem, czego się spodziewać.
Pamięć jednak zawiodła – co się okazało… camping w Sasino to to nie był.
Temperatura sama w sobie nie była największym problemem. Był nim wiatr, który nie ucichł ani na chwilę.
Na początku było to nawet zabawne – w końcu pierwszy dzień więc byliśmy na fali „ahoy przygodo”. Wiatr wył tak głośno, że gdy siedziałam w namiocie, a mój partner stał metr dalej, na zewnątrz, nie było żadnych szans, żebyśmy się usłyszeli. Ani słowa!
Kiedy wróciłam do namiotu po zrobieniu wieczornej toalety, byłam tak przewiana na drugą stronę świata, że dosłownie trzęsła mi się szczęka i ręce. Kubek gorącej wody smakował wtedy jak najlepszy napój świata. Czułam, jak to ciepło rozprowadza się po całym moim organizmie – od gardła aż po mały palec u nogi. W tym momencie zdecydowałam, że zakładam każde merino, jakie ze sobą zabrałam, i dwie pary grubych skarpet.
Dobrze, że w miarę przygotowaliśmy się na te okoliczności i mieliśmy po kilka warstw ubrań – w środku lata, kiedy dwa dni wcześniej w okolicach Oslo było ponad 30 stopni!
Taka jest Norwegia. Pogoda potrafi się tu zmieniać dosłownie co chwilę, ale to nikomu nie odbiera ochoty na wycieczkę. Norwegowie żyją wedle ważnego przysłowia: „Det finnes ikke dårlig vær, bare dårlig klær” – co po polsku znaczy mniej więcej: „Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania”.
Jedną z rzeczy, które zawsze zachwycają mnie w Norwegii latem, jest światło.
Niebo przez długi czas pozostawało jasne. A po zachodzie słońca tego wieczoru rozpaliło się na żółto i czerwono, a później przybrało pastelowe barwy różu, błękitu i fioletu.
Gdyby nie ten wiatr, myślę że mogłabym pokusić się o leżakowanie pod gołym niebem.
No ale wróćmy do rzeczywistości bo się rozmarzyłam…
Przez pierwszą godzinę, gdy zasypialiśmy, mój umysł łączył szarpanie namiotu z iluzją, że ktoś stoi na zewnątrz i próbuje dostać się do środka. Co chwilę otwierałam oczy, niby wiedząc, że przecież to nieprawda. To wiatr Aga – niby wiadomo, ale co jeśli jednak tym razem nie? A może jakieś zwierzę, albo lepiej – bohater norweskiego kryminału! W końcu zdecydowałam: wsadzam stopery do uszu, schodzę z warty i idę spać. Niech się dzieje co się ma wydarzyć.
To nie było łatwe, bo ja jestem z tych, co lubią mieć wszystko pod kontrolą. Na szczęście nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, a przynajmniej się wyspałam.
Rano obudziło nas słońce. Jakby nocna wichura nigdy się nie wydarzyła.
Przygotowaliśmy herbatę, podgrzaliśmy ugotowane dzień wcześniej jajka we wrzątku, zjedliśmy śniadanie i spakowaliśmy nasz domek.
Wodospad, który zapamiętałam inaczej

Po drodze czekał na nas olbrzymi wodospad Vøringsfossen.
Byłam tutaj już lata temu i zupełnie inaczej zapamiętałam to miejsce. Wszystko było wtedy nieskażone ludzką ręką. Teraz zbudowano mosty i platformy. Wciąż uważam, że ładnie to wygląda, ale też cieszę się, że miałam okazję zobaczyć to miejsce kiedyś, w bardziej surowej wersji.
Ciekawostka: Vøringsfossen spada z wysokości 182 metrów – to jeden z najwyższych wodospadów Europy. Odkryty dla turystów dopiero na początku XIX wieku. W 2020 roku otwarto nad nim nowy, stalowy most (47 m, 99 stopni), a całą infrastrukturę wokół rozbudowywano etapami od 2015 do 2024 roku.
Nie wszystko musi się udać
Przed nami była droga przez Måbødalen – jedną z tych tras, które sprawiają, że trudno skupić się wyłącznie na prowadzeniu samochodu. Serpentyny wcinające się w zbocza gór. Tunele wykute w litej skale. Co chwilę kolejny zakręt, za którym czekał krajobraz żywcem wyjęty z obrazu.


Norwegia ma w sobie coś niezwykłego. Tutaj nawet przejazd z jednego miejsca do drugiego jest atrakcją.
Pierwotnie planowaliśmy zatrzymać się na noc w Eidfjord. Ale plan szybko się zmienił.
Dojechaliśmy aż do Kinsarvik i dopiero tam zaczęliśmy szukać miejsce na rozbicie naszego materiałowego domku. Dwa pierwsze campingi były całkowicie zapełnione. Przez chwilę zastanawialiśmy się nawet nad kolejną nocą na dziko, ale tym razem marzyło nam się miejsce nad fiordem, a znalezienie odpowiedniego fragmentu brzegu wcale nie było takie proste.
Najpierw trafiliśmy na powiedzmy nowoczesny camping. Nie było recepcji ani właściciela, tylko automat. Samodzielnie wybierało się parcelę, decydowało o podłączeniu do prądu i płaciło kartą. Wszystko działało bezkontaktowo. Niesamowite!
Jednak było tam bardzo tłoczno. Zbyt tłoczno jak na wajb tego wyjazdu.
Kilka minut dalej znaleźliśmy zupełnie inne miejsce. Niewielki camping prowadzony przez właścicielkę Trude, która wieczorem obchodziła namiot po namiocie – nie tylko po to, żeby pobrać opłatę, ale też żeby przy każdym przystanąć na chwilę i zapytać, jak nam się spało. Słodko, prawda?
Od razu poczuliśmy, że właśnie tutaj chcemy zostać.
Nasza parcela znajdowała się pod niewielkimi drzewami owocowymi – pierwszy raz widziałam takie fioletowe miniaturki gruszek. Rano wokół nich unosiło się nieustanne brzęczenie pszczół albo os. To był dźwięk, który do dziś kojarzy mi się z tym miejscem.
Byliśmy szczęściarzami, bo mieliśmy dostęp do drewnianego stołu z krzesłami. Nigdy nie pomyślałabym, że można się aż tak ucieszyć z piknikowego stołu – ale skoro nie mieliśmy swojego turystycznego zestawu stołu i krzeseł to zapowiadało się jakby luksusowo.
Na camping składała się toaleta z nielimitowaną wodą pod prysznicem, zmywak na otwartym powietrzu i woda pitna prosto z górskich potoków. W Norwegii to coś zupełnie normalnego. Przez cały wyjazd piliśmy ją bez najmniejszych obaw i problemów.
Cisza, której nie da się kupić

Namiot ustawiliśmy tak, żeby po rozpięciu wejścia od razu widzieć Hardangerfjorden.
Nikt na campingu się nie spieszył. Nikt nie puszczał głośnej muzyki. Nie było dzieci biegających pomiędzy namiotami. Nie było hałasu.
Wieczorem wszyscy mówili ciszej. Rano ci, którzy wyjeżdżali wcześniej, pakowali samochody niemal bezszelestnie. Jakby każdy rozumiał, że spokój jest częścią tego miejsca.
Zostaliśmy na dwie noce i wcale nie chciało nam się tego campingu opuszczać.
Husedalen –wodospady bez kolejek
Nazajutrz czekała nas dolina Husedalen.
To miejsce często pozostaje w cieniu Trolltungi (skalna półka w kształcie języka), a szkoda. Cały szlak prowadzi obok czterech spektakularnych wodospadów.
Ze względu na moje kolano zdecydowaliśmy się dojść do drugiego. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej próbowałabym przejść całość za wszelką cenę. Tym razem było inaczej. To już kolejny wyjazd, który utwierdza mnie w tym, że podróżowanie nie polega na odhaczaniu atrakcji. Dwa kolejne wodospady spokojnie mogą poczekać na następną wizytę. I bardzo mi się ta myśl spodobała.

Wodospady robiły ogromne wrażenie. Woda spadała z takim impetem, że powietrze wokół wypełniała drobna mgiełka, osiadająca na twarzy jak chłodna mżawka. Huk niósł się po całej dolinie, na tyle mocny, że czuło się go niemal fizycznie, jeszcze zanim zobaczyło się samą kaskadę. Z każdym kolejnym zakrętem szlaku wodospad wyglądał inaczej – raz jak srebrna zasłona, raz jak rozbity o skały biały pył.
Patrząc na potężne wodospady, trudno było uwierzyć, że to miejsce wciąż pozostaje znacznie spokojniejsze od dużo bardziej znanych atrakcji regionu. Na szlaku panowała cisza. Nie było żadnych kolejek. Nie było tłumów. Tylko szum wody, słońce i góry.
A jeszcze były jagody! Wszędzie – masa jagód. Zaczęliśmy zbierać je jak za starych dobrych czasów, kiedy zwykłam robić to z moją babcią (z tym że w polskich lasach). Były smaczne, choć trochę kwaśne, ale idealne do porannej owsianki.
Coraz bardziej rozumiałam, dlaczego tyle osób uważa Husedalen za jedną z najpiękniejszych alternatyw dla Trolltungi. Nie dlatego, że jest bardziej spektakularne ale dlatego, że można tam naprawdę pobyć.
Kiedy nieudany plan okazuje się najlepszy
Po południu odpoczęliśmy na campingu. Obiad, krótka drzemka, kawa i spontaniczny pomysł.
– A może pojedziemy do Kjeåsen? – zapytałam.
Ciekawostka: To jedna z najbardziej niezwykłych osad w Norwegii. Położona ponad pięćset metrów nad Eidfjord, przez stulecia była niemal odcięta od świata. Dzisiaj prowadzi do niej wąski tunel wykuty w skale. Nieoświetlony. Surowy. Tak wąski, że ruch odbywa się wahadłowo – samochody mogą wjeżdżać tylko o określonych godzinach.
Dotarliśmy…
ale za późno.
Marzył mi się zachód słońca oglądany właśnie z tej góry. Musieliśmy zawrócić. Pamiętam, że przez chwilę poczułam lekkie rozczarowanie. Że jednak nie doczytałam, że tunel – z poszanowania dla lokalnej społeczności – ma ograniczone godziny wjazdu i wyjazdu.
Ale mój chłopak wypatrzył inny punkt w okolicy, na który zaprosił mnie na spontaniczną randkę. Pośród białych norweskich domów z powiewającymi na wietrze flagami i widokiem z tarasu wartym miliony na fiord odbijający ostatnie promienie słońca. A w dole – cichnący po turystach Eidfjord.

Nie było tam nikogo. Tylko my, widok i światło. Może być lepiej? A no okazało się, że może!
Schodząc niżej, znaleźliśmy niewielką skalistą plażę. Cała przestrzeń, jak to w Norwegii, była zadbana w każdym detalu – przebieralnie, łazienki, miejsce do grillowania. A nawet sauna, którą można było uruchomić przez aplikację.


Usiedliśmy, przygotowaliśmy kolację i patrzyliśmy, jak słońce chowa się za górami.
To był jeden z tych momentów, kiedy przestaje się robić zdjęcia. Bo ma się poczucie, że żaden aparat nie pokaże tego tak, jak widzą to oczy.
To był kolejny wieczór, który nie wydarzyłby się, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. I wtedy poczułam mocno jak ta podróż uczy mnie odpuszczania. Bo ilekroć coś nie wychodziło, Norwegia chwilę później pokazywała mi coś jeszcze piękniejszego.
W stronę Aurland
Kolejny dzień miał być przede wszystkim dniem przejazdu. Ale zaraz po śniadaniu zrealizowaliśmy jeszcze mój wczorajszy pomysł – tylko inaczej.
Zamiast zachodu słońca pojechaliśmy na Kjeåsen na drugie śniadanie. Rano światło padało zupełnie inaczej niż wieczorem – ostrzejsze, chłodniejsze, bez tej złotej mgiełki zachodu, za to z ostrością, przy której każdy szczegół krajobrazu było widać jak na dłoni. Ten widok dosłownie graniczył z absurdem.

Pierwotnie planowaliśmy dotrzeć jeszcze do Oddy, ale coraz bardziej podobało nam się to, że niczego nie musimy robić zgodnie z pierwszym planem. Wiedzieliśmy też, że ostatni etap podróży chcemy spędzić bliżej znajomych, dlatego odpuściliśmy kolejną miejscowość i obraliśmy kurs na Aurland.
I znowu okazało się, że sama droga była równie piękna jak miejsca, do których jechaliśmy. Ale to już trzeba tu wziąć za standard. Szmaragdowa woda przechodziła w granatową. Góry wyrastały niemal pionowo z fiordów. Zieleni było tak dużo, że niewielkie, kolorowe domy wyglądały, jakby ktoś bardzo ostrożnie wsunął je pomiędzy drzewa.
Momentami jechaliśmy zupełnie cicho, wlepiając oczy w zmieniające się za oknem kadry, tylko co jakiś czas wypuszczając z siebie chóralne, przeciągłe „łaaaaaał”.
Droga, którą warto zobaczyć choć raz
Po drodze zatrzymaliśmy się przy Stalheim Hotel.
To właśnie stąd prowadzi historyczna droga Stalheimskleiva – jedna z najbardziej stromych i widowiskowych dróg w Norwegii, z trzynastoma ciasnymi zakrętami i dwoma wodospadami mijanymi niemal z okna samochodu.

Kiedy byłam tutaj ponad dwadzieścia lat temu, wyglądała identycznie, z tym że wtedy próbowaliśmy mijać się z autobusem na jednym z tych ostrych zakrętów – to było przerażające doświadczenie, które do dzisiaj przyprawia mnie o gęsią skórkę.
Podczas naszego wyjazdu droga była remontowana. Nie mogliśmy przejechać całego odcinka od dołu. Udało nam się za to podejść od górnej części i spojrzeć na nią z innej perspektywy. W tym miejscu poznaliśmy cudowną parę Amerykanów. Rozmowa tak bardzo się kleiła, że trudno było ją zakończyć.

Kolejny camping znaleziony przypadkiem
Wieczorem dotarliśmy do Aurland. Camping, który upatrzyliśmy sobie wcześniej, był już wypełniony po brzegi. Potem kolejny i następny – skucha.
Zaczęliśmy dzwonić do miejsc w Flåm i okolicznych miejscowościach. Wszędzie słyszeliśmy tę samą odpowiedź.
– Niestety, nie mamy już wolnych miejsc i raczej nie będzie w okolicy, bo jest wysoki sezon.
To jest dobra lekcja dla każdego, kto planuje podróż z namiotem po Norwegii: w wielu campingach nie można zarezerwować miejsca dla namiotu z wyprzedzeniem. Kto przyjedzie wcześniej, ten wygraniec.
Nam jednak szczęście finalnie dopisało. Trafiliśmy do niewielkiego campingu w Gudvangen, prowadzonego przez miłe norweskie małżeństwo.

To było jedno z tych miejsc, które zapamiętuje się za atmosferę. Rośliny i kwiaty na dachach domów i przed budynkami. Drewniane detale. Retro radio grające od rana do wieczora w łazienkach. Rzeka płynącą tuż obok. Wodospad widoczny pomiędzy górami.
Siedząc wieczorem przed namiotem, trudno było mi uwierzyć, że przypadkiem znaleźliśmy miejsce tak urocze.
Dzień, w którym nic nie musieliśmy, a mogliśmy wszystko – dlatego wybraliśmy…
Kolejnego dnia postanowiliśmy zobaczyć okolice z różnych perspektyw.
Spacerowaliśmy po Aurland – niewielkiej miejscowości znanej z doliny Aurlandsdalen, zwanej „norweskim Grand Canyonem”, oraz z ostatniej działającej w Norwegii fabryki obuwia, produkującej klasyczne mokasyny.
Zajrzeliśmy do Undredal – niewielkiej miejscowości słynącej z tradycyjnego koziego sera brunost. A w niej, na oko z 50 kolorowych domków, uroczy kościół, fiord. I góry schodzące niemal do samej wody.

Największą atrakcję zostawiliśmy na wieczór: dwugodzinny rejs przez Nærøyfjord – jedną z odnóg Sognefjordu, wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Przyznam szczerze – przed wyjazdem nie do końca byłam pewna, czy taki rejs jest dla mnie. Ale pomyślałam, że skoro będę tu trzeci raz, to może w końcu wypada. Nie spodziewałam się, że stanie się jednym z najmocniejszych wspomnień całej podróży.

Ciekawostka: Nærøyfjord jest jednym z najwęższych fiordów świata. W najciaśniejszym miejscu ma zaledwie około 250 metrów szerokości, podczas gdy otaczające go góry wznoszą się na ponad 1700 metrów! Dopiero z poziomu wody naprawdę czuje się ich ogrom.
Łatwo zapomnieć, że ten krajobraz przez tysiące lat rzeźbił lodowiec. To on wyżłobił doliny, które później wypełniła morska woda. Patrząc na niemal pionowe ściany gór, trudno nie pomyśleć o sile natury, która to wszystko stworzyła.
Specjalnie wybraliśmy rejs podczas złotej godziny. Światło miękko przesuwało się po zboczach i kolorowych miasteczkach. Wodospady spływały cienkimi nitkami prosto do fiordu, a kapitan podpływał tak blisko, jak potrafił, żeby umilić nam to widowisko. Co jakiś czas mijaliśmy pojedyncze gospodarstwa przyklejone do stromych zboczy – niektóre wyglądały tak, jakby świat o nich zapomniał.

Dlaczego warto płynąć tylko w jedną stronę. Przy planowaniu rejsu odkryliśmy jeszcze jedną rzecz. Wiele osób kupuje bilet w obie strony i wraca statkiem do Flåm. My zdecydowaliśmy się na inne rozwiązanie – popłynęliśmy tylko w jedną stronę, a powrót zaplanowaliśmy autobusem. Cała logistyka okazała się bardzo prosta. Nasz camping znajdował się zaledwie kilometr od portu w Gudvangen.
Po rejsie mieliśmy jeszcze około godzinę do odjazdu autobusu. Usiedliśmy więc nad samym fiordem i wyciągnęliśmy własną kolację. Towarzyszyły nam rozdarte mewy i szum wody.
Droga przez Snøvegen
Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę Hemsedal. Nie dlatego, że mieliśmy tam kolejne atrakcje do odhaczenia – chcieliśmy po prostu spotkać się z długo niewidzianymi znajomymi.
Do ostatniej chwili liczyłam na to, że uda się podjechać na punkt widokowy Stegastein. Niestety korek, jaki tworzył się tam o każdej porze dnia, skutecznie nas zniechęcił.
Ciekawostka: Stegastein to platforma zawieszona 650 metrów nad Aurlandsfjordem, wystająca 30 metrów poza zbocze góry. Od 2006 roku to jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w Norwegii.
W to miejsce pomyślałam: zróbmy coś innego niż wszyscy, i w środku lata przejedźmy Snøvegen, żeby sprawdzić, czy zostały tam jeszcze resztki śniegu.
Ruszyliśmy i właściwie od razu źle pojechałam i wjechałam w tunel, który prowadzi przez góry na długości 24,5 kilometra, tym samym mijając dołem całą atrakcję. Brawo ja!
Ciekawostka: To Lærdalstunnelen, najdłuższy tunel drogowy świata i pierwszy na świecie z własną instalacją oczyszczania powietrza. Budowa – prowadzona jednocześnie z obu końców i z dodatkowego szybu pośrodku – zajęła prawie pięć lat i zakończyła się w listopadzie 2000 roku. Budowały go ręce robotników z całej Europy, w tym – jak dobrze wiem, bo przez lata sama rekrutowałam ludzi do pracy w Norwegii – także naszych rodaków.
Nie powiem, tunel był mega imponujący, ale ja wciąż chciałam zobaczyć śnieg latem. Dlatego zaraz po wyjeździe z niego postanowiłam znaleźć drogę powrotną na Snøvegen, żeby przejechać choć do połowy.


I to był pomysł wart każdego dodatkowego kilometra. Widoki, trasa i cały krajobraz były nie do podrobienia. Droga kręta, ruch wahadłowy, a na niej właściwie tylko my, ogromne campery i mijanki jak w grze.
A do tego co chwilę na środku jezdni pojawiały się owce. Jedne leżały na asfalcie, inne szły stadem środkiem drogi, a jeszcze inne wyglądały, jakby zupełnie straciły azymut.
Na górze wjechaliśmy na otwartą przestrzeń – powiewał mroźny wiatr, było wręcz lodowato, surowo, ale zjawiskowo. I donoszę, że tak – wciąż miejscami leżały pozostałości śniegu z zeszłego sezonu.
Kilkadziesiąt minut wcześniej patrzyliśmy na zielone góry i granatowe fiordy, a nagle mieliśmy wrażenie, jakbyśmy na chwilę teleportowali się z powrotem do zimy.
Ciekawostka: Snøvegen, czyli Śnieżna Droga, to potoczna nazwa drogi przez Aurlandsfjellet między Aurlandsvangen a Lærdalsøyri – ok. 47 km jednej z Norweskich Dróg Krajobrazowych. Zamykana na zimę, otwierana zwykle dopiero późną wiosną lub na początku lata, gdy odśnieżanie dobiegnie końca.
Ostatnia noc na dziko
Rozbiliśmy namiot tym razem nad jeziorem. Znajomi przyjechali swoim busem, z dwoma myśliwskimi psami. Wieczór minął na rozmowach, jedzeniu, śmiechu i nadrabianiu miesięcy zaległości.

Ta noc jednak mocno konkurowała z pierwszą na płaskowyżu. Była podobna temperatura, choć na szczęście nie wiał wiatr. Znajomi pożyczyli nam śpiwory przeznaczone na temperatury poniżej zera – bez nich byłoby naprawdę trudno.
Namiot stał jednak na lekkim nachyleniu. Przez pół nocy zjeżdżałam z materaca jak na zjeżdżalni, lądując w tak zwanych „nogach”. W końcu wpadłam na genialny pomysł: podłożyłam drugi śpiwór pod nogi i zrobiłam sobie tym samym hamulec. Byle do rana!
4:40, czyli budzik, którego nie planowałam

Obudziło mnie pompowanie materaca. Mój chłopak ocknął się przemarznięty na ziemi – powietrze z jego materiałowego łóżeczka całkowicie zeszło. To nie był w sumie jego pierwszy raz podczas tej podróży. Skoro już otworzyłam oczy, to wyszłam tylko na chwilę z namiotu.
Wschodziło słońce. Niebo nad okolicą paliło się na czerwono! A góry obok wyglądały jak te, które pamiętam z wschodu słońca na Teneryfie, w parku Teide. Powietrze było rześkie. Gdzieś obok cicho płynął niewielki strumień. No bajka!


Pamiętam, że przez chwilę stałam w osłupieniu i konsternacji – co robić? Dzisiaj trochę żałuję, że nie poszłam wtedy dalej przed siebie. Ale może właśnie dlatego ten obraz został ze mną tak wyraźnie?
Norweski „krótki spacer”
Tego dnia znajoma zaproponowała nam „krótki” trekking.
Powinnam była zapytać, co dla osoby chodzącej od kilkunastu lat po norweskich górach oznacza słowo „krótki”.
Szlak prowadził na około tysiąc metrów wysokości. Momentami naprawdę dawał w kość. Na szczęście towarzyszyły nam ich psy, przypięte specjalnymi pasami do bioder. Śmialiśmy się, że to nie my idziemy pod górę – to one wyciągają nas na szczyt. Kochane wyciągarki!

Na szczycie czekał zjawiskowy widok na 360 stopni na okolicę. A obok niewielka skrzynka z zeszytem w środku. Każdy, kto zdobył górę, mógł się wpisać, podając imię, nazwisko i dzień dotarcia. Prosty zwyczaj, a bardzo uroczy.
Norwegia, którą zapamiętam
Kiedy myślę o tej podróży, nie wracają do mnie w pierwszej kolejności najwyższe wodospady, ani najbardziej znane punkty widokowe.
Najpierw przypominam sobie smak gorącej wody podczas wichury na płaskowyżu. Kwaskowe dzikie jagody zbierane na śniadanie przy wodospadzie. Brzęczenie owadów o poranku w namiocie. Ciepły wiatr targający moje włosy podczas rejsu. Retro radio grające gdzieś w campingowej łazience. Psy ciągnące nas pod górę. Kolację zjedzoną nad fiordem. I wschód słońca oglądany o 4:40, w kompletnej ciszy.
To już kolejna moja podróż, która utwierdza mnie w tym, że nie trzeba zobaczyć wszystkiego. Nie trzeba zrealizować napiętego planu. Czasem warto pozwolić, żeby to droga decydowała, dokąd nas zaprowadzi.
Bo właśnie wtedy wydarza się to, czego nie znajdzie się w żadnym przewodniku.
Norwegia zostawiła we mnie więcej niż jeden tekst może pomieścić, dlatego to na pewno nie ostatni raz, kiedy do niej wracam na blogu. W najbliższym czasie pojawi się tu jeszcze niejedna historia stamtąd.
A jeśli akurat teraz ciągnie Cię bardziej w stronę słońca niż fiordów, zajrzyj do moich innych wpisów — znajdziesz tam Teneryfę, Tajlandię i inne miejsca, do których wracam z uporem maniaczki. A jeśli wolisz więcej formy bardziej osobistej to zapraszam też na Dobrą Depeszę.
Na bieżąco moje podróże możesz też śledzić na Instagramie: @bedejakwroce.
Tak, dzięki prawu allemannsretten (prawu powszechnego dostępu do natury) camping w Norwegii na niezagospodarowanym terenie jest dozwolony niemal wszędzie, pod warunkiem zachowania co najmniej 150 metrów odległości od najbliższego zamieszkałego domu lub chaty.
W większości przypadków tak – to w Norwegii powszechna praktyka, szczególnie na terenach górskich, z dala od zabudowań i pastwisk. Mimo to warto zachować zdrowy rozsądek i unikać wody płynącej w pobliżu terenów rolniczych.
Sezon letni, czyli lipiec – sierpień, to najdłuższe dni i najwyższe temperatury, ale też największe tłumy na popularnych campingach. Warto liczyć się z tym, że mimo lata temperatury w nocy na wysokości mogą spadać blisko zera.
Wiele mniejszych campingów, zwłaszcza tych przyjmujących namioty, nie prowadzi rezerwacji z wyprzedzeniem. Przeważnie obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Planując camping w Norwegii w wysokim sezonie, warto docierać na miejsce odpowiednio wcześnie.
Podstawa to warstwowa odzież (w tym merino) niezależnie od pory roku, śpiwór na temperatury poniżej zera nawet latem oraz namiot odporny na silny wiatr – szczególnie na otwartych terenach jak Hardangervidda. Warto zabrać też matę izolacyjną i kuchenkę turystyczną.
Nie zawsze. W Norwegii obowiązuje ustawowy zakaz rozpalania otwartego ognia w lasach i ich bezpośrednim sąsiedztwie od 15 kwietnia do 15 września ze względu na ryzyko pożarów. Poza tym okresem, i w miejscach wyraźnie do tego wyznaczonych (np. na plażach czy specjalnych paleniskach na kempingach), ognisko jest zwykle dozwolone – ale zawsze warto sprawdzić lokalne oznaczenia i aktualne ostrzeżenia przed pożarowe.









